![]() |
Arcybiskup Edward Kisiel - świadek wiary i pasterz Upływający czas, jak wiatr na plaży, zasypuje pozostawione ślady. Arcybiskup Edward Kisiel wprawdzie wycisnął w glebie Kościoła głębokie ślady, ale - jak dotychczas - nie umknął procesowi zapominania. Dziesięć lat od Jego śmierci powoli lecz skutecznie przeniosły Go w przeszłość. Coraz mniej ludzi Go pamięta lub wspomina, coraz więcej rośnie tych, którzy już Go nie znają. Dlatego rośnie potrzeba ocalenia tego, co w Nim zwycięsko poddaje się próbie czasu i może stanowić przykład do naśladowania, zwłaszcza kapłanom. Z wielu cech, którymi się wyróżniał, na rzeczywistą uwagę zasługują: Jego wiara i Jego sposób pełnienia służby pasterskiej. Obie te cechy związały się w Nim nierozerwalnie ze sobą, przez co jeszcze bardziej wydają się cenne. Był pasterzem głębokiej wiary i człowiekiem przeżywającym swą wiarę przez posługę pasterską. Wiarę Arcybiskup Kisiel wyniósł z domu rodzinnego. Urodził się na kresach dawnej Rzeczypospolitej, gdzie dom rodzinny był ostoją wiary i polskości. W dom ten uderzały fale rusyfikacji, przeciągania na prawosławie i ateizacji, lecz on trwał, bo na skale był zbudowany. A skała tą był Chrystus. W Nowym Pohoście na cmentarzu można zobaczyć skromny grób ojca Arcybiskupa z postawionym na nim krzyżem. Do niedawna można było rozmawiać z Jego matką - dzielącą losy sybiraków i repatriantką. Wśród nas żyją jeszcze: Jego siostra i bracia. Wszyscy przede wszystkim odznaczają się głęboką wiarą - taką, która pokonuje wątpienie, nie sadza wierzącego na ławie oskarżonych, lecz przychodzi mu z pomocą w chwilach wszelkich przeciwności. Wiara domu rodzinnego kształtuje duszę dziecka, kieruje jego rozwojem, czyni mocnym jego kręgosłup, ubogaca jego umysł. Takim był zawsze Arcybiskup Kisiel. Wprawdzie zdobył doktorat z teologii i potrafił głosić uczone konferencje, ale w swym wnętrzu nosił zawsze dziecięcą wiarę. Takim można Go było widzieć, gdy odmawiał różaniec, chodząc wokół domu, lub siedząc w samochodzie, gdy klęczał na kolanach przed Najświętszym Sakramentem podczas kapłańskiej adoracji lub gdy w niedzielę rano spowiadał w katedrze białostockiej. Wiara promieniowała z Niego w kontaktach z kapłanami, siostrami zakonnymi i ludźmi świeckimi, w urzędowaniu w Kurii i w rozmowach z przedstawicielami ówczesnej władzy. Kontakty te posiadały różnorakie odcienie. Czasem usiłowano nadużyć dobroci Arcybiskupa i wykorzystać ją do własnych interesów. Niekiedy namawiano Go do kompromisu lub pójścia na ustępstwo. On jednak zawsze trwał przy prawdzie i nie paktował z uszczerbkiem dla niej lub zapomnieniem o niej. Był tolerancyjny, lecz nie tak - jak dzisiaj często się zdarza - że dla tzw. świętego spokoju nie mówi się już o Bogu. Jeszcze bardziej przejrzysty był Arcybiskup Kisiel we wszystkich moralnych odniesieniach. Łapówka, pochlebstwo, udawanie, pogoń za zyskiem - były dla Niego obrzydliwością, którą zwalczał wszelkimi możliwymi sposobami. Tępił picie alkoholu nawet u zatrudnionych pracowników budowlanych i sam był abstynentem. Otoczenie wiedziało o tym i nawet nie podejmowano prób, by Arcybiskupa odwieść od przyjętej przez niego linii postępowania. Przy całej stanowczości względem zła, był Arcybiskup Kisiel jednocześnie ojcowski względem innych. Nie słyszałem z jego ust potępienia kogokolwiek. Kapłanów wysłuchiwał o każdej porze, a gdy upominał, nikt nie obrażał się na Niego. Gdy mu doradzano, by ukarał tego lub owego, odpowiadał: przecież on jest dorosły, jest kapłanem, sam więc wie, co powinien czynić. Gdy zaś karał, wiadomo było, że chodziło o karę leczniczą. Zły to lekarz, który nie podejmuje się operacji dlatego, że będzie bolało. Dobry przełożony stosuje karę po to, by uzdrowić chorego , a nie uśmiercić. Takim zwłaszcza powinien być biskup diecezjalny. Posługę biskupią pełniono w Kościele wielorako. Byli biskupi, którzy sami o wszystkim decydowali i byli tacy, którzy do maksimum potrafili uwalniać inicjatywy oddolne. Wielu z nich wyniesiono potem na ołtarze, a jeszcze więcej z nich przeszło do krainy zapomnienia. Właściwie nie ma jednego sztywnego modelu pełnienia tej posługi. Chrystus nazwał Siebie dobrym pasterzem i chciał, by Jego wybrani przyjaciele też takimi byli. Dziś obraz życia pasterskiego mało komu jest już tak bliski. Świat bowiem się urbanizuje, a ludzie z kultury rolno-pasterskiej przechodzą do kultury technicznej. Niemniej jednak, to, co było istotne w przypowieści o dobrym pasterzu, pozostaje ciągle aktualne i stanowi wzór do naśladowania. Starał się to czynić Arcybiskup Kisiel. Chrystus mówiąc o dobrym pasterzu, odróżnił go od najemnika. Właściwością pasterza jest to, że zna swoje owce, nazywa je po imieniu i w razie konieczności potrafi życie za nie oddać. Najemnikowi zaś nie zależy na owcach, gdyż nie są jego własnością, ucieka od nich wtedy, gdy widzi nadchodzącego wilka, który w następstwie porywa owce i je rozprasza (J 10, 1-15). Arcybiskup Kisiel znał diecezję i potrzeby swoich wiernych w szczegółach. Wiedzę tę zdobył poprzez regularne wizytacje, rozmowy z księżmi i przyjeżdżającymi do Niego delegacjami. Rozmowy te ujawniały blaski i cienie diecezjalnego życia, czasem przybierały formę skargi, ale często też były prośbą, by nie zmieniać, bo jest dobrze. Arcybiskup nigdy nie lekceważył swego rozmówcy, chociaż niekiedy musiał stanowczo dowodzić własnej racji. Ona zwykle w sporach była po Jego stronie, bo rzecz widział szerzej, w całości problemów diecezji, a nie wycinkowo z punktu widzenia jednej tylko parafii. Diecezja białostocka należy do diecezji małych, stąd też nie trudno jest ją ogarnąć pasterskim spojrzeniem. Arcybiskup Kisiel starał się być pośród swoich diecezjan. Wyjeżdżał rzadko. Gdy udawał się za granicę, zwykle informował o tym przez komunikat odczytywany z ambon, a gdy wracał, pisał o tym, co widział, przeżył i co załatwił, bądź co przeoczył. Diecezja dzięki temu upodobniała się do wielkiej rodziny, która wie, co robi jej ojciec. W niektórych przypadkach był nadopiekuńczy, zwłaszcza wtedy, gdy sam chciał wszystko osobiście sprawdzić, gdy dyktował innym, co mają napisać i gdy uczył, gdzie należy postawić przecinek lub kropkę. Zawsze natomiast jasno określał funkcję, gdy komuś powierzał jakiś urząd. Jeśli powoływał do istnienia nową instytucję, osobiście pilnował napisania dla niej wyrazistego statutu i potem konsekwentnie jego realizacji. Za jego rządów nie było w diecezji instytucji papierowych. Może urząd dziekana i wicedziekana był za mało widoczny, bo zwykle Arcybiskup sam wykonywał to, co do nich należało, zwłaszcza w prowadzeniu konferencji dekanalnych. Gdyby porównać diecezję do okrętu, a biskupa do kapitana, wtedy należałoby powiedzieć, że za rządów Arcybiskupa Kisiela każdy wiedział co ma robić: pierwszy oficer, nawigator, oficer pokładowy, kucharz i zwykły majtek. Nie trzeba było stać każdego rana pod Jego drzwiami, by dowiedzieć się, co trzeba zrobić, i nie trzeba było się obawiać, że polecenie w międzyczasie zostanie zmienione. W Jego ustach tak było tak, a nie było nie. Dzięki temu uroczystości ogólnodiecezjalne odbywały się ze splendorem przy ogromnym udziale wiernych. Kilka z nich miało charakter uniwersalny: czterystulecie Uniwersytetu Stefana Batorego i Wyższego Seminarium Duchownego w Wilnie - Białymstoku, sześćsetlecie (Archi) diecezji Wileńskiej, pięćsetlecie śmierci św. Kazimierza. Na uroczystości te przybywali licznie biskupi i nigdy nie było problemu z ich zakwaterowaniem, bo proboszczowie chętnie udzielali im gościny. Gdy podczas Kongresu Eucharystycznego, wyszła procesja ze św. Rocha do katedry z Najświętszym Sakramentem, ówczesna ulica 1 Maja nie mogła pomieścić wiernych. Gdy obraz częstochowski nawiedzał parafie, wszędzie gromadziły się tłumy, a trasa przejazdu przyjmowała odświętny wygląd. Jak się udawało Arcybiskupowi zyskiwać aplauz dla przedstawionych projektów? Niewątpliwie był on mężem Bożym i łaska Pana była przy nim. Ale też on sam dawał możliwości do współpracy. Gdy zgłoszony pomysł przeszedł wszystkie możliwe konsultacje, wtedy stawał na czele, mówiąc: no to róbmy. Owce szły za nim, bo znały głos Jego (J 10, 4). Formuła: róbcie, a ja wam pobłogosławię nie ma takiej skuteczności, a jeszcze mniej ma ją: róbcie, a ja was objadę, jeśli coś źle zrobicie. Arcybiskup Kisiel był człowiekiem niemal nieustannych konsultacji. Za jego rządów działały w diecezji: Diecezjalny Ośrodek Kształcenia Soborowego, przekształcony w Archidiecezjalny Ośrodek Formacji Duchowieństwa i Instytut Teologiczno-Pastoralny, następnie Diecezjalna Rada Duszpasterska i Komisja do Spraw Społecznych, parafialne rady duszpasterskie, wreszcie inne komisje. Pierwszym konsultantem Arcybiskupa był kanclerz, wówczas ks. prał. Cezary Potocki. Wyniósł on kanclerstwo tak wysoko, że wiele lat po jego śmierci ciągle się go wspomina. Kanclerz zdobył duże zaufanie u Arcybiskupa i potrafił tak przedstawiać mu swoje pomysły, że ten uważał je za swoje. Potem Arcybiskup dzielił się swoimi planami z najbliższymi osobami, wśród których miałem szczęście też się znajdować. Przy zmianach personalnych byłem właściwie jedynym powiernikiem zamierzeń Arcybiskupa. Następnie Arcybiskup przenosił swoje projekty na innych: jedne na radę kapłańską, inne na radę duszpasterską lub społeczną, jeszcze inne na pomniejsze komisje i rady. Konsultacje zwykle nie wnosiły wiele nowego, natomiast nagłaśniały problem, za rozwiązanie którego ludzie czuli się odpowiedzialni. W ślad za nimi szło zbiorowe działanie i wspólna odpowiedzialność za dzieło. Dzięki temu diecezja był żywym organizmem, a nie zlepkiem parafii. Wpływało to korzystnie na samopoczucie diecezjan. Księża nie czuli się osamotnienia, a świeccy mieli świadomość, że Arcybiskup ich potrzebuje. Wspaniały był start do rozpoczęcia synodu archidiecezji białostockiej. Powołano wymagane prawem komisje i wyłożono w kościołach pytania do wiernych, czego oczekują od synodu. Odpowiedzi napłynęło bardzo dużo. Opracowała je komisja socjologiczna. Wyniki uzyskane były pierwszym sygnałem, na co należy zwrócić uwagę w obradach. Na pierwszej sesji plenarnej, sala kina Ton byłą wypełniona po brzegi, a dyskusja przeniosła się potem w teren i długo dochodziła do głosu w różnych kręgach. W 1991 r. Jan Paweł II, otwierając w katedrze białostockiej synod, podniósł uskrzydlone nadzieje synodalne na wysokość watykańskiego wzgórza i ukazał ich kościelny kierunek. Właściwie należałoby stale wracać do tych wskazań, szkoda, że różnorakie okoliczności nie pozwalają tego uczynić. Wizyta papieska była dużym wydarzeniem i przeżyciem dla Białegostoku i diecezji. Wytyczne do jej przebiegu pochodziły od służb watykańskich, ale ich realizacja należała głównie do Arcybiskupa Kisiela. On był reżyserem i egzekutorem projektu. Powołany przez Niego komitet przygotowawczy liczył ponad sześćdziesiąt osób - ludzi różnych urzędów, poglądów i zapatrywań. Mimo różnic, komitet pracował zgodnie i sprawnie. Duża w tym zasługa Arcybiskupa, który swoim spokojem i autentyzmem potrafił ludzi przekonywać, zachęcać i pracować ze sobą razem. Papież odwiedził świątynię prawosławną, po której to wizycie powiało spokojem na wiele miesięcy. Na lotnisku, podczas Mszy Świętej, zgromadzili się liczni wierni z Białorusi i Rosji, co wtedy było prawdziwym ewenementem. Mimo niesprzyjających warunków politycznych i ekonomicznych Arcybiskupowi Kisielowi udało się wybudować gmach Wyższego Seminarium Duchownego, przeprowadzić kapitalny remont budynku Kurii, uzyskać pozwolenie i rozpocząć budowę nowych świątyń. Fundusze głównie czerpał z ofiarności diecezjan, a tylko w niewielkim procencie z zewnątrz. Świadczy to o zrozumieniu, jakie znajdował jako pasterz u powierzonej Mu przez Boga owczarni. Stosunek Jego do pełnionego urzędu był więcej niż skromny. Po usłyszeniu woli Stolicy Apostolskiej przez miesiąc nie zmrużył oka. A potem tak bardzo przejmował się wszystkim, że również wiele nocy spędził bezsennie. I myślę, że tylko wiara i modlitwa trzymały Go na nogach. Chciał przy tym naśladować Chrystusa niosącego krzyż. W chorobie przedśmiertnej prosił lekarzy, by nie dawali mu leków znieczulających. Wybrał ubóstwo, pokochał je i pozostał mu wierny. Skromnymi środkami osiągnął wielkie, nieproporcjonalne do nich efekty. Ewangelię czytał, głosił, i realizował w swoim życiu. Pan prowadził Go od skromnego katechety, administratora parafii, kanclerza, do administratora apostolskiego Archidiecezji w Białymstoku, pierwszego Biskupa białostockiego i wreszcie Arcybiskupa i Metropolity Białostockiego. Patrząc powierzchownie, można powiedzieć: - zrobił zawrotną karierę. Dla niego jednak stopnie wyniesienia określały odcinki drogi krzyżowej. We wierze każdy idzie własną drogą. Różne są też modele pasterzowania. Arcybiskupa Kisiela nie da się odtworzyć, tak zresztą jak nikogo z ludzi z tego względu, że każdy z nich jest jedyny, niepowtarzalny w świecie. Można Go jednak naśladować i znajdować w nim potwierdzenie prawdziwości Ewangelii. Jest On jasnym promieniem w świecie, Kościele i Archidiecezji. Bp Edward Ozorowski |