Nr 6(112) - listopad grudzień 2003
DWUMIESIĘCZNIK KATECHETYCZNY KURII METROPOLITALNEJ BIAŁOSTOCKIEJ

„Kana Galilejska” nad Pilicą

Pamiętamy wszyscy niedawne pożegnanie Siostry Gieni Niewęgłowskiej, naszego doradcy metodycznego i przyjaciela, która Bożym zrządzeniem została wybrana Matką Generalną Zgromadzenia Córek Najczystszego Serca Najświętszej Maryi Panny, popularnie zwanych Sercankami, i przeniosła się do macierzystego domu sióstr w Nowym Mieście nad Pilicą. I oto kilka dni temu dane mi było spędzić z nią ponad tydzień tam właśnie, przyglądając się życiu klasztornemu i trochę próbując w nim uczestniczyć.

Z Białegostoku ruszamy we trzy. Za kierownicą siostra Stasia, główna ekonomka Zgromadzenia. Na sąsiednim siedzeniu siostra Gienia, anioł potrafiący wlać otuchę w najbardziej zgnębione serce. Z tyłu ja. Rozmawiamy, odmawiamy modlitwy. Niektórych nie znam i gdy słucham ich słów płynących równym, melodyjnym szmerem, wydaje mi się przez chwilę, że jestem w przedsionku raju.

Zmrok dogania nas na trasie i do celu dojeżdżamy już w wieczornej porze. Jakaś siostra, do dziś nie wiem, kto to był, biegnie do ogromnej żelaznej bramy i otwiera ją tak szybko, że nawet nie musimy przystawać. Zatrzymujemy się dopiero na wewnętrznym dziedzińcu i tu, z mroku, wyłaniają się i zdążają ku nam w radosnym pośpiechu postacie sióstr.

- Matka Generalna przyjechała! Witamy Matkę Generalną! Nareszcie doczekałyśmy się! Jak droga? Witamy Siostrę Ekonomkę! Witamy gościa Matki Generalnej!

W ten sposób orbita sympatycznego zainteresowania ogarnia również i mnie. Oczy, odbijające padające z okien budynków światła, błyszczą uśmiechem, ręce wyciągają się do powitania.

Oto siostra Zosia, przełożona domu w Nowym Mieście, przy której odtąd zawsze będę czuła się tak, jakbyśmy się znały całe życie. Siostra Teresa, wikaria i jednocześnie sekretarka Zgromadzenia, drobna i delikatna, która podczas jednego z posiłków specjalnie ze względu na mnie weźmie dodatkowe ciastko tylko po to, by pokazać, że jeszcze je i w ten sposób powstrzymać na kilka minut siostrę Gienię od wstania od stołu. Jest też druga siostra o imieniu Teresa, nieco starsza, ale równie drobna, pełna ewangelicznej pokory, która wprawi mnie pewnego dnia w zdumienie demonstrując samodzielną obsługę masywnych dziewiętnastowiecznych maszyn introligatorskich. A w drzwiach głównego zakonnego domu czeka jeszcze ktoś: mama siostry Gieni, z którą niedawno rozmawiałyśmy w Białymstoku, a która teraz wita mnie, jak swoją drugą córkę.

Przy kolacji jest trochę śmiechu i trochę łez, omawia się sprawy, które wynikły podczas nieobecności siostry Gieni w domu, ona zaś relacjonuje swoją wizytę w domach na Litwie i Białorusi. W tym czasie siostra Hania, dynamiczna i sympatyczna osoba, zanosi mój bagaż do wyznaczonego pokoju, który następnie wyposaża we wszystkie potrzebne drobiazgi.

Od tego pierwszego wieczoru przez wszystkie dni pobytu towarzyszy mi uczucie, że jestem gościem godów Kany Galilejskiej. Nie tylko dlatego, że w sposób serdeczny i dyskretny zaspokajane są wszystkie moje potrzeby. Także dlatego, że poznając niejako od środka życie sióstr mogę obserwować, jak woda zwykłego dnia codziennego, wypełnionego pracą i modlitwą, pod wpływem wiary i miłości Bożej jest zamieniana w wino autentycznej świętości.

Od następnego już ranka po przyjeździe próbuję wchodzić w tryb życia sióstr i uczestniczyć w stałych punktach dnia. W czasie wolnym oglądam zabudowania i ogród, rozmawiam, odwiedzam niektóre siostry w pokojach, zwiedzam też miasto i okolicę.

Nowe Miasto nad Pilicą posiada długą i bogatą historię, ale najpiękniejszy chyba jej rozdział stanowi działalność bł. Ojca Honorata Koźmińskiego, kapucyna, który przeżył tu, internowany przez carat na terenie klasztoru, dwadzieścia cztery ostatnie lata życia, prowadząc intensywne życie duchowe. Przy pomocy jedynie rozmów w konfesjonale i korespondencji zakładał liczne bezhabitowe zgromadzenia zakonne, z których siedemnaście rozwija się do dziś, a pięć ma swe siedziby w samym miasteczku. W kościele kapucynów znajdują się relikwie O. Honorata oraz jego konfesjonał.

Miasteczko, liczące około pięciu tysięcy mieszkańców, położone jest na wzniesieniu opadającym niewielką skarpą do doliny Pilicy. Można spacerem dojść do mostu na rzece lub wspiąć się na wzgórze, z którego roztacza się widok na jej zakole. Wybieram się tam pewnego dnia, a moim przewodnikiem jest siostra Danusia znająca tu niemal każdy kąt i jego mieszkańców.

Siostra Danusia jest zakrystianką i to właśnie ona każdego dnia jest pierwsza na nogach. Już o godzinie 5.10 zjawia się w przestronnej domowej kaplicy, otwiera okna, przygotowuje ołtarz, przynosi naczynia i księgi. Na 5.20 schodzą się pozostałe siostry na półgodzinne rozmyślanie, by po nim odmówić Jutrznię. W tym czasie siostra Irena, organistka, rozpala ogień pod płytą w kuchni, a siostry refektarki przygotowują śniadanie.

O 6.30 wszyscy domownicy zbierają się na Mszy świętej pod przewodem jednego z ojców kapucynów. Siostra Irena swą ujmującą grą i śpiewem dodaje liturgii niepowtarzalnego charakteru i podkreśla główną myśl danego dnia. Komunia święta zanoszona jest niektórym siostrom do ławek, a w razie potrzeby nawet do pokojów. W ciągu dnia siostry jeszcze kilkakrotnie spotykają się na wspólnej modlitwie.

Po Mszy świętej od razu idzie się na śniadanie. Posiłek przebiega w ciszy. Każda siostra indywidualnie zaczyna go i kończy modląc się w milczeniu, niezbędne uwagi przekazuje się szeptem. Jedyny głośny akcent stanowi sercańskie pozdrowienie:

- Niech będzie pochwalone Przenajświętsze Serce Pana Jezusa!

- Przez Serce Matki naszej, Maryi!

Po śniadaniu siostry rozchodzą się do swoich zajęć. Te, które pracują zawodowo spieszą się najbardziej: do szkoły, przedszkola, szpitala. Pozostałe zajmują się kuchnią, pralnią, ogrodem, gospodarstwem. Jedna z sióstr stale czuwa przy furcie, nawet posiłki spożywa w swoim pokoiku, by żaden niespodziewany gość nie czekał zbyt długo przed zamkniętymi drzwiami. To siostra Maria, furtianka, która od pierwszej chwili znajomości chce koniecznie zatrzymać mnie w klasztorze na stałe.

W Nowym Mieście przebywa około dwudziestu najstarszych i najbardziej schorowanych sióstr Zgromadzenia, z których niektóre nie są już w stanie dojść do refektarza. Opiekuje się nimi siostra Ewa, pielęgniarka, o wrażliwej duszy i delikatnych rękach, potrafiąca spełnić nawet te niewypowiedziane życzenia siostry na wózku inwalidzkim.

Obiad odbywa się o 12.00, po odmówieniu wspólnej modlitwy za głodnych, i nie obowiązuje już na nim cisza. Jednak właśnie podczas tego posiłku najwięcej miejsc przy stołach pozostaje pustych. Część sióstr nie wróciła jeszcze z pracy - będą musiały zjeść później w kuchni.

Kolacja o 17.00 stanowi najbardziej radosny posiłek. Są obecne wszystkie pracujące siostry, opowiadają swe wrażenia, sypią żartami, czasem śpiewają, przekazuje się ogłoszenia na dzień następny.

Właśnie podczas kolacji, w wigilię imienin, składa się życzenia solenizantom. Mam okazję uczestniczyć w tej miłej domowej uroczystości trzech sióstr Teres oraz siostry Franciszki i ojca Franciszka, kapucyna. Po Matce Generalnej podchodzą do solenizantów pozostałe osoby, na stole pojawiają się ciasta i torty, roznosi się cukierki, śpiewa. Przekonuję się, jaką furorę robi piosenka: „Taki duży, taki mały” nawet wśród najstarszych sióstr. Po kolacji podchodzi do siostry Gieni jedna z nich, chodząca o lasce i nieco kulejąca, z pytaniem, czy kulawy też może być świętym. Siostra Gienia stwierdza, że z całą pewnością tak, a na dowód przytacza św. Brata Alberta.

To małe zdarzenie uzmysławia mi, jak wielkim autorytetem i miłością cieszy się Siostra Gienia wśród swoich współsióstr. Przy innych okazjach wielokrotnie mam możliwość słyszeć z ich ust, jak bardzo cieszą się z tego wyboru i jak pozytywny, a zarazem twórczy wpływ wywiera ona na życie Zgromadzenia i rozwiązywanie jego codziennych problemów. Zauważam też wpływ Gieni na jeszcze jedną dziedzinę życia zakonnego, być może nie odkryty na razie przez siostry, gdyż wymaga pracy cichej i długofalowej. To troska o rozwój duchowy, o ukształtowanie postawy ewangelicznego dziecka Bożego. W pierwszy piątek miesiąca, kiedy codzienne modlitwy wzbogacone są dodatkowymi elementami, siostra Gienia prowadzi rozmyślanie o faryzeuszu i celniku, i mogę zauważyć, jak jej osobisty wysiłek nad własną formacją duchową teraz przenosi się na całe Zgromadzenie.

Zbliża się wieczór. Siostry udają się na ostatnie, dość długie i rozbudowane modlitwy, a po nich na zasłużony odpoczynek. Uzmysławiam sobie, że w czasie tych dziewięciu dni, jakie mi były dane w tym miejscu, przeżyłam coś więcej, niż tylko ciekawy pobyt w gronie sympatycznych osób.

Po pierwsze zobaczyłam siostrę Gienię w nowej roli, nie tylko pasującej do niej, ale jakby specjalnie przygotowanej dla niej od wieków. Po drugie, duchowe więzi, które zadzierzgnęłam są głębsze i trwalsze od zwykłych towarzyskich znajomości. Wreszcie po trzecie, modląc się i rozmawiając, rozmyślając i patrząc, odbyłam tu rodzaj osobistych rekolekcji, podczas których Pan Bóg spotykał mnie i mówił do mnie przez piękno otaczającego pejzażu, liturgii Kościoła i szczególnie wyraźnie przez piękno oddanych Mu na służbę dusz.

Joanna Pisarska



Spis artykułów